Miejskie archiwum musiało spłonąć?

Aktualności
05.09.2022

6 sierpnia minęło 1,5 roku od wybuchu pożaru supernowoczesnego archiwum miejskiego w Krakowie. Prokuratorskie śledztwo, prowadzone pod kątem „umyślnego sprowadzenia” zdarzenia, zagrażającego mieniu wielkich rozmiarów, zostało wszczęte, kiedy dokumenty jeszcze płonęły. W oczekiwaniu na opinię biegłych, która miała być gotowa do końca ubiegłego roku, własne dziennikarskie śledztwo przeprowadził Marek Balawajder (RMF FM). Jego ustalenia są co najmniej zaskakujące. Można na ich podstawie wręcz dojść do wniosku, że gdyby archiwum nie spłonęło w lutym 2021 roku, prędzej czy później i tak by do tego doszło.

Aerozolowe SUG-i 

Wszystko wskazuje na to, że właśnie one mogły spowodować gaszony przez 12 dni pożar. SUG-i to stałe urządzenia gaśnicze, które – kiedy otrzymają sygnał od czujki pożarowej – wyrzucają na zewnątrz gaz, hamujący rozprzestrzenianie się ognia. W przypadku SUG-ów aerozolowych działa to w uproszczeniu tak, że uruchomienie czujki powoduje reakcję chemiczną wewnątrz urządzenia – powstaje wtedy wysoka temperatura, nawet do 1500 stopni Celsjusza. Na zewnątrz wydostaje się gaz, a przez pierwsze sekundy może się wydobywać także ostry płomień. Zgodnie z instrukcją obsługi urządzenia powinny być zamontowane w odstępie co najmniej 1 metra od dokumentów. W miejskim archiwum były na słupach, blisko regałów, często tylko centymetry od suchego papieru. Na gaz wystrzelony z SUG-ów reagowały kolejne czujki i uruchamiały następne SUG-i – i tak dalej. Jak pisze Balawajder, zdaniem jego informatorów na początku nie było ognia. Wywołało go „odpalenie” systemu przeciwpożarowego. Pozostaje pytanie, co włączyło pierwszego SUG-a. Jak pisze Balawajder, w jednym z budynków trwały wtedy od wielu tygodni prace związane z systemem przeciwpożarowym. „Czujki wariowały, włączały się i wyłączały” – cytuje swojego informatora.

Nie tak miało być 

Pierwotny projekt nie zakładał wykorzystania aerozolowych SUG-ów. Na odstępstwo od przepisów i zastosowanie tzw. rozwiązania zamiennego zgodziła się – w 2009 roku, już po wydaniu pozwolenia na budowę archiwum – Straż Pożarna. Skąd ta zmiana? Znienacka okazało się, że w okolicy nie ma wystarczającej ilości wody – hydranty mają mniejszą wydajność od minimalnej wymaganej przepisami. Ale wtedy wcale nie zezwolono na SUG-i aerozolowe, tylko na gazowe. Docelowe rozwiązanie wymagało kolejnej zgody strażaków. Ta została wydana już podczas budowy, w 2016 roku. Przyczyną miała być oszczędność miejsca. System gazowy wymagał osobnego pomieszczenia na składowanie azotu, aerozolowy – nie. W przypadku kolejnych zmian nie proszono już Straży o zgodę. Zamiast 3-kilogramowych SUG-ów zastosowano ponad 6-kilogramowe (mniej urządzeń zajmuje mniej miejsca). Zamiast zamontować je na suficie, zawieszono na słupach (bo zgodnie z pierwotnym projektem montaż na suficie w hali o wysokości 3 metrów wymagał 1,5-metrowego odstępu od góry regałów, a regały miały sięgać sufitu). W efekcie urządzenia znalazły się kilka – kilkanaście centymetrów od papierowych teczek z aktami.

Inne „drobne” zmiany 

W stosunku do pierwotnego projektu dość radykalnie zmieniła się także koncepcja regałów w halach archiwum – o czym pisał już przed ponad rokiem red. Serafin na portalu Onet.pl. Finalnie postawiono więcej regałów, bez projektowanych wcześniej odstępów, i nie na wysokość 2,25 metra, ale pod sam sufit. Podczas przetargu na regały jedna z startujących w nim firm sygnalizowała zastrzeżenia. W oficjalnym piśmie poprosiła o zmianę wytycznych, bo zmiany w stosunku do pierwotnych założeń doprowadziły do stworzenia tzw. magazynowania zwartego. A to, w przypadku stosowanego systemu przeciwpożarowego, skutkuje, tu cytat, „opóźnieniem w wykryciu ew. pożaru, a następnie utrudnia wypełnianie przestrzeni między regałami i w ich środku gazem”. Oferent poprosił o zmianę wytycznych. Urzędnicy odmówili. Zamiast pierwotnie planowanych regałów przesuwanych ręcznie zastosowano napęd elektryczny. Wymagało to zmiany instalacji elektrycznej. Dziennikarzom nie udało się ustalić, kto o tym zdecydował, kto to zatwierdził i kto wykonał. Kolejna informacja w sprawie regałów pojawiła się w tekście red. Balawajdera. Ustalił, że w projekcie wykonawczym, jaki dostała firma wykonująca regały, nie było systemu przeciwpożarowego – a urządzenia już były zamontowane w hali. W efekcie wykonawca, projektując ustawienie regałów, najprawdopodobniej nie uwzględnił istniejących SUG-ów. 

W papierach wszystko się zgadza? 

Jak zauważa Balawajder, urzędnikom wygodnie będzie się tłumaczyć, że bazowali na zewnętrznych ekspertyzach i zgodach, a na koniec archiwum dostało pozwolenie na użytkowanie. Faktycznie, 28 marca 2018 roku Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego (PINB) wydał pozwolenie na użytkowanie hal archiwum. Tyle że, jak pisze Balawajder, „z treści protokołu wynika, że sprawdzenia dokonano w drodze przyjęcia ustnego oświadczenia kierownika budowy” – choć przepisy wymagają sprawdzenia, a nie uwierzenia „na słowo”. W tym samym protokole nie pojawiają się w ogóle informacje o SUG aerozolowym. Dodajmy, że PINB podlega pod władze miasta, a jego pracodawcą jest zgodnie z polskim prawem Jacek Majchrowski. Dwa tygodnie wcześniej, 5 marca 2018 roku, Państwowa Straż Pożarna nie wniosła zastrzeżeń do dokumentów dotyczących SUG aerozolowego. Tu z kolei przypomina się afera z 2015 roku, związana ze strażakami i ówczesnym prezesem Agencji Rozwoju Miasta, odpowiedzialnej za inną miejską inwestycję – Tauron Arenę. Gazeta Krakowska opublikowała wtedy nagranie rozmowy prezesa Rapciaka z współpracownikami. Dyskutowano o uzyskaniu pozytywnej opinii Straży Pożarnej. – Pójdziemy do strażaka, przegadamy to. Po prostu może weźmiemy i sypniemy komendantowi biletami i będzie spokój. Ja najchętniej zapłaciłbym te 27 tysięcy, tak jak ostatnio, i niech się pie… – powiedział na nagraniu Rapciak. Da się? 

Co dalej? 

Żeby poznać przyczyny pożaru i dowiedzieć się, kto za to odpowiada, musimy czekać na opinię biegłych i decyzje prokuratury. Balawajder w podsumowaniu swojego artykułu stwierdził, że według jego informacji zarzuty może usłyszeć nawet kilkadziesiąt osób. Do ustaleń RMF odniósł się już także sam Magistrat: „Artykuł sprawia wrażenie rzetelnego opracowania. Niektóre z przedstawionych tez są zbieżne z naszymi spostrzeżeniami, ale ostateczne oceny będzie można formułować po zakończeniu postępowań” – odpowiedziano Gazecie Wyborczej.