Epidemia kolesiostwa
Mieliśmy być świadkami „nowego otwarcia” – wietrzenia gabinetów przy Placu Wszystkich Świętych i rozbijania betonu, który przez dwie dekady zastygał pod okiem Majchrowskiego. Tymczasem żyjemy w mieście toczonym przez epidemię kolesiostwa, gdzie ręka rękę myje, a obie te ręce sięgają głęboko do kieszeni mieszkańców.
Wymiana kadr w miejskich jednostkach przypomina grę w gorące krzesła
Ekipa Miszalskiego szła do wyborów z hasłami transparentności na sztandarach, ale bardzo szybko wcieliła w życie starą, krakowską prawdę: przejrzystość kończy się tam, gdzie zaczyna się podział stanowisk. Miejskie spółki, kiedyś nazywane „przechowalniami dla ludzi Majchrowskiego”, dziś stały się łupem wojennym. Karuzela stanowisk w zarządach i radach nadzorczych kręci się tak szybko, że postronnego obserwatora może zemdlić, ale jej pasażerowie bawią się znakomicie.
Wymiana kadr w miejskich jednostkach przypomina grę w gorące krzesła, z tą różnicą, że krzeseł wciąż przybywa, bo przecież dla każdego zasłużonego działacza partyjnego, dla każdego „krewnego i znajomego Królika” wcześniej czy później musi znaleźć się miękki fotel. Kompetencje? Doświadczenie w zarządzaniu? Dla „nowych” władz Krakowa nie są to rzeczy najważniejsze. CV kandydatów do zarządów miejskich spółek czyta się jak listę obecności na partyjnym grillu.
Konkursy? A komu to potrzebne?
Nowa władza, zamiast wypalać żelazem stare układy, postanowiła je „zaadaptować na własne potrzeby”. Stworzono hybrydę – potwora Frankensteina, zszytego z resztek aparatu urzędniczego Majchrowskiego i wygłodniałych działaczy KO, rzucających się na miejskie stołki. Słyszymy o audytach, o „nowych standardach” i konkursach. Ale często wiemy, kto wygra, zanim jeszcze ogłoszenie o naborze pojawi się w Biuletynie Informacji Publicznej. Wielu mieszkańców jest przekonanych, że oto na czele ważnych instytucji miejskich staje najlepszy z najlepszych. A często staje najswojszy ze swoich.
Matura zbędna, legitymacja niezbędna.
Przegląd kadr „uśmiechniętego” Krakowa
Mówienie o epidemii kolesiostwa to nie przesada – wystarczy spojrzeć na listy płac w miejskich instytucjach. Zamiast nazwisk wybitnych specjalistów czy menedżerów, znajdziemy tam gęstą sieć partyjnych zależności i rodzinnych koligacji.
Przypadek pierwszy: matura to przeżytek.
Zacznijmy od absolutnego hitu sezonu. Szczęsny Filipiak – szef krakowskiej Koalicji Obywatelskiej – został doradcą zarządu w Krakowskim Holdingu Komunalnym. Pensja? Bagatela, 13 tysięcy złotych miesięcznie. Można by pomyśleć – wybitny ekspert. Otóż nie do końca. Pan doradca, jak donoszą media, nie posiada nawet matury. W mieście, gdzie tysiące absolwentów UJ czy AGH haruje za minimalną, miejska spółka płaci krocie człowiekowi bez egzaminu dojrzałości. Konkursu na to stanowisko, rzecz jasna, nie było. Bo i po co? Jeszcze by wygrał ktoś z wykształceniem.
Przypadek drugi: przegrany bierze wszystko.
Andrzej Hawranek – przewodniczący klubu radnych KO w poprzedniej kadencji Rady Miasta, członek Platformy Obywatelskiej od 2001 roku – startował w konkursie na szefa krakowskiego Sanepidu. Przegrał, ponieważ komisja uznała, że inny kandydat jest lepszy. Ale w Krakowie logika działa inaczej, bo mimo porażki w konkursie to właśnie Hawranek otrzymał nominację. To jasny sygnał dla wszystkich startujących w miejskich konkursach: nie męczcie się. Nie liczy się wynik testu, ale pozycja w partyjnym notesie.
Podobny mechanizm zadziałał w przypadku Aleksandry Twaróg, która wspierała Aleksandra Miszalskiego w kampanii wyborczej, a później wystartowała w konkursie na stanowisko Rzeczniczki Uczniów i Dialogu Szkolnego. Test konkursowy napisała najsłabiej ze wszystkich kandydatów. W normalnej szkole dostałaby jedynkę, w szkole krakowskiego urzędu dostała stanowisko.
Przypadek trzeci: akwarele zamiast hydrotechniki.
W Zarządzie Infrastruktury Wodnej, czyli w miejskiej jednostce zajmującej się m.in. ochroną przeciwpowodziową, na fotelu Zastępcy Dyrektora zasiadła Justyna Golba-Jaśkowiec. Zbieżność nazwisk z posłem KO nie jest przypadkowa – to jego żona. Jakie ma wykształcenie? Jest nauczycielką plastyki. Być może władze miasta uznały, że zarządzanie krytyczną infrastrukturą wodną to sztuka, w której liczy się przede wszystkim kreatywna wizja, a nie nudna inżynierska precyzja…
Przypadek czwarty: radny na dwóch etatach.
Mamy też w Krakowie nową kastę: „Radnych-Dyrektorów”. Przykłady? Bartłomiej Kocurek, radny miasta, odnalazł się jako jeden z wicedyrektorów w Krakowskim Parku Technologicznym. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że radny Kocurek… prawdopodobnie w ogóle w Krakowie nie mieszka. Mamy więc radnego-widmo, który zasiada na bardzo realnym stołku. W tej samej lidze grają przewodniczący Rady Miasta Jakub Kosek, który został członkiem Rady Nadzorczej Szpitala Miejskiego w Rabce-Zdroju, i Piotr Moskała, który znalazł zajęcie jako pełniący obowiązki prezesa Małopolskiej Hodowli Roślin. Radni miejscy z KO obrastają w kolejne lukratywne rady nadzorcze i stanowiska, tworząc sieć powiązań tak gęstą, że światło dzienne tam nie dochodzi.
Desant z zewnątrz
Jakby tego było mało, Kraków stał się przechowalnią dla politycznych spadochroniarzy. Gdy w innych miastach Małopolski i okolic brakuje stołków dla działaczy KO, zrzuca się ich pod Wawel. W ten sposób pracę znalazł Sebastian Mlak z Wadowic, Grzegorz Małodobry z Krzeszowic czy Rafał Kudas z Myślenic. Koalicja Obywatelska traktuje nasze miasto jak folwark, a jego zasoby są eksploatowane przez ludzi, którzy z Krakowem mają tyle wspólnego, co Lajkonik z lotami w kosmos.
Kosztowna krakowska gospodarność
A co z tego ma przeciętny Krakowianin? Dziurawe drogi, spóźniające się tramwaje, smog i bilety w cenach, za które w innych miastach można by podróżować pierwszą klasą. Podczas gdy miejskie spółki „optymalizują koszty”, tnąc połączenia lub podnosząc opłaty, ich zarządy puchną od nagród i premii. To jest ta słynna krakowska gospodarność – oszczędzamy na mieszkańcach, by starczyło na synekury dla kolegów.
Epidemia kolesiostwa niszczy coś więcej niż tylko budżet miasta – niszczy zaufanie społeczne. Zabija energię tysięcy aktywistów, społeczników i ekspertów, którzy widzą, że w Krakowie Miszalskiego nie liczy się to, co umiesz, ale to, z kim pijesz wódkę (albo latte na sojowym, żeby być bardziej „nowoczesnym”).
Lista zakażonych epidemią kolesiostwa nie jest zamknięta. Każdy tydzień przynosi nowe nominacje, nowe „konkursy” i nowe rozczarowania. Kraków mógł być miastem dla mieszkańców. Stał się miastem dla kolegów, żon, pociotków i partyjnych towarzyszy. A my? My mamy płacić podatki i cieszyć się, że w ogóle pozwalają nam tu mieszkać.