O krakowskim rzemiośle #21: pracownia kaligrafii Barbary Bodziony

Dobre praktyki
05.03.2026

W świecie komputerowych czcionek wciąż pisze ręcznie — na pergaminie lub papierze. Barbara Bodziony jest wykształconą kaligrafką i iluminatorką, która kultywuje style pisania i malowania sprzed wieków. Jeśli nie tworzy wiernych kopii średniowiecznych manuskryptów lub nie prowadzi warsztatów w klasztornych murach czy własnym Atelier przy ul. Siemiradzkiego, to dzieli się wrażliwością na piękno w zupełnie nie artystycznych przestrzeniach, jakimi są szpitale. To opowieść o rzemiośle niegdyś zapomnianym, które dziś przeżywa swój renesans i o tym, dlaczego piękne pisanie potrafi przywracać radość i budować poczucie własnej wartości.

Od średniowiecznych miniatur do współczesnych wyznań miłości

 

— Już na studiach z historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim zainteresowały mnie średniowieczne rękopisy i iluminacje. Podczas pobytu we Francji trafiłam do znakomitej szkoły, która jako jedyna uczy wykonywania kopii średniowiecznych miniatur, czyli malarskich dekoracji ksiąg rękopiśmiennych. Dawniej tworzyli je iluminatorzy — rzemiosło to zanikło wraz z upowszechnieniem druku, choć w pewnym sensie jego kontynuacją jest dziś ilustracja książkowa. Zmieniła się nazwa zawodu, ale cel pozostał ten sam: ilustracja słowa.

— Kaligrafia, czyli ręczne pisanie liter w danym stylu, była jednym z przedmiotów w mojej szkole. Jakiś czas po dyplomie, który zdałam z wyróżnieniem, wróciłam do Krakowa i zaczęłam jej uczyć. Było nas wtedy niewielu nauczycieli, m.in. Ewa Landowska, z którą dziś prowadzimy szkołę – Atelier Landowska & Bodziony. Iluminatorstwem zajmowałam się właściwie tylko ja, ale to środowisko z czasem się powiększyło — ludzie coraz bardziej tęsknią za rzemiosłem i doceniają rzeczy wykonane ręcznie.

— Pracuję głównie w stylach historycznych i uczę ich w naszej szkole. Najbliższe jest mi pismo wczesnośredniowieczne, zwłaszcza uncjała — bardzo okrągła w formie. Wykonuję też wierne kopie rękopisów, m.in. dla Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie, które zamówiło repliki zabytkowych tekstów i miniatur, aby zwiedzający mogli zapoznać się z nimi z bliska.

— Uwielbiam kopiować, choć wymaga to olbrzymiej kontroli i precyzji. Skopiowanie jednej karty rękopisu średniowiecznego to wiele dni wytężonej pracy. Takiej wysokiej koncentracji nie da się utrzymać przez osiem godzin dziennie, bo wzrok się męczy, dlatego staram się pracować tylko przy świetle dziennym.

— Inaczej pracuję przy zleceniach, w których to ja dobieram styl, kierując się treścią i odbiorcą. Przy dyplomach dla urzędów czy uczelni wybieram pisma czytelne dla przeciętnego człowieka, jak renesansową italikę, choć zdarzały się wyjątki — na przykład zamówienie dla króla kurkowego, który chciał pisma średniowiecznego. Czasem tworzę też zupełnie autorskie kompozycje, jak iluminowany pergamin z biblijnym tekstem o miłości zamówiony przez mężczyznę ze Stanów Zjednoczonych na rocznicę ślubu.

Między pergaminem a monitorem, czyli o rzemiośle w świecie cyfrowym

 

— Przy wykonywaniu kopii średniowiecznych manuskryptów posługuję się technikami i materiałami jak najbardziej zbliżonymi do tych dawnych — na tyle, na ile jest to dziś możliwe. Sama rozrabiam farbę, mieszając sproszkowany pigment ze spoiwem, które przygotowuję według średniowiecznej receptury z białka, gumy arabskiej i miodu. Często pracuję na prawdziwym pergaminie ze skóry i używam prawdziwego złota, ale część pigmentów zamieniam na współczesne odpowiedniki, bo niektóre dawne substancje są toksyczne i obecnie zakazane. Choćby biel ołowiową, powszechnie używaną w średniowiecznych iluminacjach, dziś może kupić wyłącznie konserwator zabytków. Poza tym praca na historycznych pigmentach bywa bardzo kosztowna. Gdyby ktoś zlecił mi na przykład wierną kopię karty z barwionego purpurą tyryjską kodeksu purpurowego, musiałby zapłacić ogromne pieniądze. [Chodzi tu o rękopis z czasów imperium rzymskiego bądź bizantyjskiego spisany na pergaminie nasączonym barwnikiem uzyskanym ze śródziemnomorskich mięczaków].

— Kiedy wykonuję kopię dla muzeum, studiuję oryginalną księgę z bliska i robię próbki kolorystyczne jak dawny rzemieślnik w skryptorium. Potem jednak pracuję już w domu, korzystając z fotografii oryginału w bardzo wysokiej rozdzielczości. Mam ją w wersji drukowanej i na monitorze, gdzie mogę powiększyć każdy detal i wręcz zobaczyć prowadzenie pędzla dawnego iluminatora. Współczesna technologia bardzo pomaga, choć efekt końcowy mojej pracy zawsze powstaje w stu procentach ręcznie.

— Ciągle uczę się nowych rzeczy, poznaję nowe style. Nigdy nie będzie tak, że przyjdzie moment, kiedy stwierdzę, że umiem wystarczająco dużo i mogę się zająć już tylko uczeniem innych. Kaligrafia jest jak granie na instrumencie – wymaga ciągłych ćwiczeń i ciężkiej pracy.

Skryptorium, czyli powrót do kolebki

 

— Jednym z moich marzeń było przywrócić piękno tego rzemiosła w środowisku, z którego się wywodzi, bo pierwsi iluminatorzy byli mnichami. Po powrocie z Francji napisałam więc śmiały list do Opactwa Benedyktynów w Tyńcu z propozycją warsztatów. We Francji wiele dawnych klasztorów pełni dziś funkcję centrów kultury, więc wydawało mi się to naturalne, choć zapomniałam, że w Polsce wygląda to inaczej. Na szczęście opat Sawicki okazał się osobą otwartą — zaprosił mnie na rozmowę i zaproponował współpracę przy nowo powstającym Instytucie Kultury. Od 2008 roku regularnie prowadzę w Tyńcu otwarte dla chętnych warsztaty kaligrafii i iluminacji „Skryptorium”. Za każdym razem, kiedy uczę w tym czy innych klasztorach, wzrusza mnie świadomość, że to rzemiosło wraca do swojego źródła.

— Współpraca z opactwem ma też inne wymiary. Jednym z nich jest trwająca wystawa w Tyńcu, której byłam kuratorką — największa ekspozycja, jaką dotąd przygotowałam, z kopiami całych kart rękopisów wykonanymi przeze mnie i moich uczniów. Jej tematem jest historia inicjału, czyli bogato zdobionej pierwszej litery zdania czy akapitu. Wydawnictwo Benedyktynów wydało również cykl podręczników do kaligrafii „Piękna Litera”, którego jestem współautorką z Ewą Landowską — jest to pierwszy po wojnie przewodnik po nauce pięknego pisania, a do tego bardzo pięknie zaprojektowany przez panią dr hab. Monikę Wojtaszek–Dziadusz z krakowskiej ASP. Był wyróżniony w konkursie Najpiękniejsze Książki Roku 2016.

Litera duszy, czyli o dobroczynnym wpływie pięknego pisania

 

— Piękna litera to taka, która ma wyjątkowe proporcje, wyjątkową elegancję i to bez względu na to, czy mówimy o pisaniu szkolnym, stylu historycznym czy też o piśmie współcześnie zaprojektowanym przez kaligrafa. To obraz, który nas zachwyca.

— Często słyszę od swoich uczniów, że kaligrafia jest bardzo uspokajająca i wyciszająca, a do tego podnosi ich poczucie własnej wartości. Na początku nie wierzą, że będą w stanie zrobić coś pięknego, bo bywa, że ostatni raz pędzel czy pióro trzymali w szkole podstawowej. Zaczynamy więc od bardzo prostych ćwiczeń nakładania farby, czyli od malowania kolorowych kwadratów, a z czasem dochodzimy do całych iluminowanych stron, które potem włączam do wystaw. Ta droga daje ludziom ogromną satysfakcję i poczucie dumy.

— Obcowanie z pięknem naprawdę działa – uczy uważności i pozwala uwierzyć, że można stworzyć coś wartościowego własnymi rękami. Jestem bardzo dumna z moich uczniów, bo malują naprawdę fantastycznie. Jestem wymagającym nauczycielem, ale przekazuję im wszystko, co potrafię. Nie mam interesu w tym, żeby siedzieć w domu i robić miniatury dla siebie samej. To jest absolutnie piękne rzemiosło i chciałabym, żeby ono trwało, cieszyło ludzi i sprawiało dobre rzeczy.

— Po sześciu latach prowadzenia firmy miałam trochę wolnego czasu i zaczęłam jako wolontariuszka prowadzić zajęcia w szpitalu m.in. dla dzieci na oddziale psychiatrycznym Szpitala Dziecięcego im. św. Ludwika. Moja ówczesna uczennica pracowała w szpitalu i pomogła mi to zorganizować. Przez wiele lat robiłam to prywatnie, a dwa lata temu założyłam Fundację Manuskrypt, żeby móc działać skuteczniej i korzystać ze wsparcia instytucjonalnego. Z pomocą wolontariuszy prowadzimy różne działania plastyczne. Naszym celem nie jest leczenie – nie mamy takich kompetencji. Chodzi o to, żeby przez godzinę czy dwie dzieci, które są często na długich pobytach, mogły nie myśleć o chorobie i poczuć po prostu radość. Obcowanie z pięknem jest dobre dla naszej duszy w wielu wymiarach, uczy dostrzegania piękna wokół, nie tylko na obrazie.

Pożyteczny snobizm, czyli o wsparciu władz

 

— We Francji rzemiosło ma zupełnie inny prestiż niż u nas. Co kilka lat odbywa się tam ogólnokrajowy konkurs Meilleur Ouvrier de France (MOF), czyli „Najlepszy Rzemieślnik Francji”, w wielu różnych dziedzinach, także w iluminatorstwie i kaligrafii. Zwycięzcy otrzymują tytuł przyznawany przez Prezydenta i nie jest to pusty symbol — idzie za tym ogromny prestiż, programy wsparcia, możliwości rozwoju. Taki dyplom to synonim najwyższej jakości. Francuzi są w tym sensie trochę snobistyczni, ale w dobrym znaczeniu — państwo naprawdę dowartościowuje rzemieślników i motywuje ich do ciągłego doskonalenia. Zawsze zazdrościłam im tego systemu, bo w Polsce w mojej dziedzinie nie ma takiej formy uznania.

Zainteresowanych zleceniem wykonania kaligrafii lub iluminacji lub udziałem w warsztatach zachęcamy do odwiedzenia strony internetowej lub kontaktu mailowego/telefonicznego z panią Barbarą Bodziony:

  • biuro@barbarabodziony.pl
  • tel. 697473545

Serdeczne podziękowania kierujemy do pani Barbary za gościnę we wspaniałej pracowni i miłą rozmowę.
Rozmowę przeprowadziła i zredagowała Zofia Smolarska-Korkmaz.