O krakowskim rzemiośle #22: koronczarka Beata Jarema
Koronka klockowa to jedno z najbardziej czasochłonnych, a zarazem najbardziej hipnotyzujących rzemiosł, które przez wieki obecne było na krakowskim dworze, w klasztorach i w modzie. Dziś tę tradycję podtrzymują nieliczne mistrzynie, ucząc jej na warsztatach i rekonstruując dawne wzory. O pracy, która wymaga cierpliwości, wyobraźni i daje niezwykłe wyciszenie, opowiada twórczyni ludowa w dziedzinie krakowskiej koronki klockowej Beata Jarema – a z okazji Wielkanocy zdradza także przepis na tradycyjną pisankę.

Z koronką przez wieki
— Koronka klockowa to bardzo stara technika. Do Polski trafiła w XVI wieku razem z kupcami przyjeżdżającymi do Krakowa. Inne źródła mówią, że sprowadziła ją królowa Bona, która sama uprawiała to rzemiosło, a że szlachta i magnaci naśladowali modę dworu, to z czasem ubiory z elementami z koronki klockowej stały się bardzo popularne. Koronka klockowa była bardzo popularna nie tylko w Europie. Do tego stopnia, że jeden z królów Francji Ludwik XIV wprowadził ograniczenie szerokości koronek u poddanych, żeby się do niego za bardzo nie upodabniali, ale sprytnie to obchodzono, naszywając kilka węższych pasów koronki obok siebie.
— Mam takie zboczenie zawodowe, że gdziekolwiek jestem, dopatruję się koronki klockowej i faktycznie wszędzie jej pełno. Widać ją na wielu obrazach w ubiorach polskich magnatów, ale też w kościołach, bo wykonywały ją zakonnice. Często ornaty czy patki do zakrywania kielichów wykończone są właśnie tym typem koronki. W Krakowie wykształciła się jej specyficzna odmiana. Jest to koronka wieloparkowa, czyli wykonywana przy użyciu wielu par klocków jednocześnie, czasem nawet stu naraz – dla porównania bobowska koronka jest małoparkowa.
— Mimo tak długiej historii dzisiaj niewielu mieszkańców Krakowa czy okolic rozpoznaje tę tradycję – częściej kojarzą ją turyści z zagranicy. Krakowianie, kiedy do mnie podchodzą na targach, pytają, co to takiego albo mylą ją z koronką koniakowską robioną na szydełku i dziwią się, że wykonanie jednej małej serwetki to dobrych kilka godzin pracy. To faktycznie najbardziej czasochłonna technika koronkarska, ale sprawia mi to tyle przyjemności, że zawsze powtarzam: ja nie wykonuję koronki, ja się w nią bawię.

Z pokolenia na pokolenie
— Z rękodziełem jestem związana od małego dziecka – mama, babcia i prababcia zawsze coś robiły. Dzięki nim poznałam szydełko, druty czy haft. Ale tam, skąd pochodzę, czyli z Dubienki w powiecie chełmskim w lubelskiem, nie było tradycji koronki klockowej. Poznałam ją na żywo w 2014 roku, kiedy jako instruktorka szydełka podczas projektu „Sztuka łączy pokolenia” organizowanego przez biblioteki w Rudawie i w Zabierzowie pojechałam na wycieczkę do Muzeum Małopolski Zachodniej w Wygiełzowie. Tam spotkałam panią Jadwigę Węgorek – pierwszą osobę w Krakowie z tytułem twórczyni ludowej w dziedzinie koronki klockowej. Od razu złapałam bakcyla – wycieczka była w niedzielę, a ja już w czwartek byłam na jej warsztatach „Czar nici”. Po zaledwie trzech latach od rozpoczęcia nauki przyznano mi tytuł twórcy ludowego w tej dziedzinie, co uważam za duży sukces.
— Szkoła koronkarstwa w Zakopanem powstała dzięki darowiźnie Heleny Modrzejewskiej w 1883 roku. Pod koniec XIX wieku powstała Krajowa Szkoła Koronkarska w Bobowej, gdzie od ponad 25 lat odbywa się Międzynarodowy Festiwal Koronki Klockowej, ale szkoły te nie przetrwały. W innych krajach Europy, jak Słowenia czy Czechy, istnieją szkoły, certyfikaty, wydaje się książki ze wzorami. Istnieją książki wydane lata temu autorstwa Marii Modes-Dudrewiczowej, Marii Steczek czy Jadwigi Turskiej, ale trudno je dostać. Pozostają warsztaty. W Polsce nie ceni się rzemiosła artystycznego.
— Wspomniana pani Jadwiga Węgorek od 1999 roku prowadzi zajęcia „Czar nici”, które obecnie odbywają się w Domu Kultury Podgórze. Wykształciła na nich całe pokolenie koronczarek. Sama uczyła się u Olgi Szerauc, która z kolei była uczennicą przedwojennej nauczycielki Zofii Dunajczan. I tak to funkcjonuje: z mistrzyni na uczennicę, z pokolenia na pokolenie.
— Dzięki współpracy wielu ludzi, m.in. pani Jadwigi Węgorek, w 2016 roku krakowska koronka klockowa została wpisana na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego. Rok później założyłyśmy z jej inicjatywy Stowarzyszenie Koronczarek Ziemi Krakowskiej (choć wykonują ją także mężczyźni). Jako depozytariuszki tego dziedzictwa robimy wszystko, żeby ono żyło. Prowadzimy cykliczne warsztaty w Centrum Interpretacji Niematerialnego Dziedzictwa w Muzeum Krakowa, otwarte także dla osób początkujących. Dokumentujemy i rekonstruujemy dawne wzory, ale i tworzymy nowe. Jeździmy po całej Europie na festiwale – często za własne pieniądze – gdzie podpatrujemy techniki, kupujemy książki po angielsku, francusku, norwesku. Język nie ma dużego znaczenia, jeśli umie się czytać wzory czy schematy koronek. W tym roku znów prowadziłyśmy warsztaty dla wszystkich chętnych podczas Kiermaszu św. Józefa na krakowskim Małym Rynku [cieszyły się one dużym zainteresowaniem – stanowiska do nauki były zajęte niemal przez całe dwie godziny].

— Na Słowacji w Krakovanach w 2023 roku brałyśmy udział jako Stowarzyszenie w konkursie, którego temat brzmiał: „Koronka w przyrodzie – przyroda w koronce”. Wpadłyśmy na pomysł, żeby zrekonstruować dawne wzory i połączyłyśmy je w jedną kompozycję, która tworzyła piękną łąkę z kolorowymi kwiatkami, po których chodził pajączek i biedronka. Zdobyłyśmy wtedy trzecią nagrodę w kategorii pracy zbiorowej.
— Nie ma nas wiele, bo trudno jest z tej pracy wyżyć. Cena wyrobu zupełnie nie oddaje czasu pracy i umiejętności. Dlatego uprawiają to rzemiosło głównie dzieci i osoby na emeryturze. Jestem jedną z nielicznych osób w naszym gronie w wieku produkcyjnym i łączę tę pasję z pracą zawodową. Inaczej jest w innych krajach europejskich, gdzie na festiwalu całe sale wypełniały dzieci, młodzież i dorośli z różnych szkół i klubów koronczarskich. W niewielkim nadmorskim miasteczku działa kilka sklepów specjalizujących się wyłącznie w koronce klockowej, co pokazuje, że są na nią odbiorcy. Żebyśmy mogły rozwijać u nas tę bardzo oryginalną i żywą tradycję, potrzebujemy miejsc, w których można regularnie prowadzić zajęcia i spotkania edukacyjne dla różnych grup wiekowych, zwłaszcza dzieci, a także środków na organizację wydarzeń i udział w festiwalach. Wsparcie miasta Krakowa jest tu bardzo istotne – bo mówimy o dziedzictwie, które jest częścią tożsamości miasta.

Sploty wyobraźni, czyli jak powstaje koronka klockowa
— Zaczyna się od wzoru. Rysujemy własny – mistrzynią tworzenia nowych wzorów w naszym Stowarzyszeniu jest Małgorzata Grochola – lub korzystamy z gotowego schematu, który przyczepiamy do wałka lub poduszki. Wałek opieramy na stojaku. Nawijamy nitki na klocki – jeden kawałek nici na jedną parę klocków. Przekładając klocki między sobą, tworzymy sploty, które przytrzymujemy szpilkami do wałka. Rodzajów splotów jest bardzo wiele, a podstawowe to płócienko, warkoczyk, siekanka, listek. Sploty można ze sobą mieszać, co daje nieraz bardzo ciekawe efekty.
— Jak biorę wzór, to nie od razu zawsze wiem, w którym miejscu zacząć i gdzie wbić tę pierwszą szpilkę, żeby wszystko się dobrze ułożyło. Czasem przez kilka godzin, a nawet dni chodzę wokół danego wzoru i się zastanawiam, co zrobić, żeby efekt był taki, jak chcę. Jeśli się w trakcie robótki pomylę albo zmienię zdanie, to muszę cofnąć każdy ruch, bo nie da się robótki spruć jednym ruchem, jak na szydełku.
— Tradycyjną koronkę krakowską robi się z nici lnianej, ale współcześnie używamy bardzo różnych materiałów, np. włóczki, kordonka, muliny czy metalowego drucika, z którego powstają formy sztywniejsze, które sprawdzają się na przykład w biżuterii. Podczas warsztatów pod okiem Małgorzaty Połubok – twórczyni ludowej w dziedzinie koronki klockowej i Marii Mazur-Cichy – magister malarstwa i certyfikowanej specjalistki w witrażu stworzyłam pracę w tych trzech technikach jednocześnie. Pokazano ją na wystawie „Nie(o)pisane. Tradycja – Pamięć – Kobiece Praktyki Kulturowe” w Pałacu Krzysztofory.
— W Polsce jest bardzo ciężko o narzędzia i materiały, więc zaopatrujemy się często na zagranicznych festiwalach albo zlecamy ich wykonanie stolarzom. Pan Grzegorz Szpila z Bobowej wykonuje klocki, stojaki i wałki. W przygotowaniu potrzebnego sprzętu często pomagają nam mężowie – jeden z moich wałków zrobiliśmy z mężem z rury PCV, trocin i płótna żaglowego.
— Koronka klockowa daje ogromne możliwości. Można nią ozdobić zazdrostkę na okno, użyć jej jako wstawki do rękawów czy mankietów, naszyć na obrzeża spódnic albo aplikować na kosmetyczki, torebki. Niektóre moje prace robię dla siebie, bo urzekł mnie jakiś wzór, a inne na zamówienie – jedni chcą serwetki, inni zakładki do książek albo biżuterię. Pewna klientka poprosiła mnie o pracę dla swojej synowej, która jest biolożką, więc stworzyłam dla niej koronkowy obraz łąki. Koronką klockową ozdabiałam zegar ścienny, a witrażowemu aniołowi dorobiłam skrzydła. Ogranicza nas tylko wyobraźnia.
— Koronka klockowa niesamowicie wciąga i uspokaja. Człowiek skupia się na przerzucaniu klocków i praktycznie zapomina o Bożym świecie. Kiedyś na otwartych warsztatach prowadzonych na kiermaszu była dziewczynka ośmio- czy dziewięcioletnia, która tak się wciągnęła, że mimo ponagleń babci została do końca. To zajęcie wycisza, pozwala oderwać się od problemów, a jednocześnie cały czas głowa pracuje, bo każdy nowy wzór to wyzwanie. Mózg się rozwija, bo tworzą się nowe połączenia neuronów. Uważam, że gdyby więcej osób miało takie pasje, to bylibyśmy mniej zestresowani i mielibyśmy mniej problemów społecznych.

Pisanki woskiem pisane, czyli wielkanocny bonus
— Pisanie pisanek to bardzo stara tradycja, w Polsce znana co najmniej od X wieku. Pisanki miały kiedyś ważne znaczenie symboliczne i magiczne – wkładano je do ziemi przy budowie domu jako kamień węgielny i zakopywano w polu dla urodzaju. Niemowlaki, żeby się dobrze chowały, kąpano w wodzie, w której gotowały się jajka na pisanki. Mówiło się, że dopóki ludzie będą pisać pisanki, świat będzie istniał.
— Ten zwyczaj znam z domu rodzinnego, ze wschodu Polski. Pisaliśmy pisanki wieczorem w Wielki Piątek, żeby w Sobotę mogły trafić do koszyczka ze święconką. Potrzebujemy do tego wosk pszczeli i narzędzie do pisania. Ten pisak z metalowym zbiorniczkiem na wosk – mówi pani Beata, prezentując narzędzie – ma ponad dwadzieścia pięć lat, a zrobił go mój nieżyjący już dziadzio z patyka leszczynowego i cienkiej metalowej blaszki zawiniętej w lejek. Wosk mam od tatusia z własnych uli, ale można go łatwo kupić od pszczelarzy czy bartników, których jest wielu w okolicach Krakowa. Kawałek wosku wkładamy do lejka i rozgrzewamy nad świeczką, żeby się roztopił. Piszemy płynnym woskiem wzory bezpośrednio na skorupce jajka – kropki, kreski, motywy roślinne. Potem wkładamy jajka do cebuliny, czyli brązowego wywaru z łupin cebuli – im więcej łupin, tym kolor będzie intensywniejszy. Gotujemy jajka na twardo w tej cebulinie, a po wyjęciu ścieramy wosk i w tych miejscach zostają jasne wzory na zabarwionej skorupce. Na koniec można je delikatnie natłuścić olejem czy smalcem, żeby nabrały połysku. Ta technika jest bardzo trwała – niektóre z moich pisanek mają wiele lat.

Chętnych do udziału w warsztatach koronki klockowej prowadzonych przez Stowarzyszenie Koronczarek Ziemi Krakowskiej w Centrum Interpretacji Niematerialnego Dziedzictwa Krakowa prosimy o kontakt mailowy z Centrum Obsługi Zwiedzających: info@muzeumkrakowa.pl.
Zainteresowanych zleceniem koronki zachęcamy natomiast do odwiedzenia strony Stowarzyszenia na Facebooku i pozostawienia wiadomości na Messengerze lub do kontaktu mailowego: be.jarema@gmail.com.
Serdeczne podziękowania kierujemy do pani Beaty za pełną pasji prezentację rzemiosła i swoich wyjątkowych prac rękodzielniczych i do Michała Czerskiego z firmy IMAGO za pomoc w nawiązaniu tego kontaktu.
Rozmowę przeprowadziła i zredagowała dr Zofia Smolarska-Korkmaz.