O krakowskim rzemiośle #19: manufaktura krawatów i muszek „JaniNa”
Krawaty, muszki, fulary, poszetki i pasy smokingowe. Autorskie projekty i ręcznie szyte wyroby. Manufaktura istniejąca od kilku pokoleń. Tak w dużym skrócie przedstawić można „JaniNę”. To rodzinna firma zajmująca się modą męską, założona przeszło 120 lat temu – w 1902 roku przez Jana Mikułę i jego przyjaciela, Austriaka Natana. Dziś prowadzi ją bratanek synowej Jana, Roman Bilski. Świat wspomnianych wyżej muszek, krawatów czy fularów nie ma przed nim tajemnic. Chętnie dzieli się swoją wiedzą z klientami, którzy odwiedzają jego salon – mieszczący się w pasażu pomiędzy ulicami Dietla 45 i Miodową 4. To kolejny z bohaterów naszego cyklu – „O krakowskim rzemiośle”.

Mikułowie, czyli o historii
– Firmę założył w 1902 roku Jan Mikuła. Zrobił to wraz ze swoim austriackim przyjacielem, Natanem. Z połączenia ich imion powstała nazwa marki – „JaniNa”. W początkowej fazie firmowy sklep mieścił się przy ul. Floriańskiej, oferując sprowadzany z zagranicy, elegancki asortyment.
– W latach 30. XX wieku właściciele zdecydowali się na poszerzenie oferty, rozpoczynając własną produkcję. Po wojnie firmę przejął syn Jana, Stanisław. Ojciec postawił mu ultimatum, jego synowa ma mieć na imię Janina. I tak też się stało. Tą kobietą była siostra mojego taty, z domu Bilska.

– Salon przeniósł się wtedy na plac Dominikański 5. W nim miałem już okazję pracować osobiście. Lata 60. i 70. okazały się najlepszym okresem w istnieniu firmy. Sprowadzano najwyższej jakości surowce. Sklep zatrudniał nawet trzydzieści osób, skupiając się na produkcji krawatów, muszek, fularów i pasów hiszpańskich.
– W latach 70. Stanisław zaczął wprowadzać do biznesu swojego syna, Tadeusza. Kuzyn był bardzo eleganckim człowiekiem, miał niesamowitą wiedzę i doświadczenie w fachu, który wykonywał. To on, nieco już schorowany, wciągnął mnie w ten zawód. To były okolice 2008 i 2009 roku. Ja sam pracowałem wcześniej jako bosman żeglugi śródlądowej, a później na tzw. „bramkach”. Do 49. roku życia nie wiedziałem de facto, jak zawiązać krawat (śmiech).

Muchy, krawaty i fulary, czyli o codzienności
– Podstaw nauczył mnie właśnie Tadek. Po dwóch latach spędzonych w sklepie umiałem już szyć. Może nie były to wybitne wykończenia, ale z każdym rokiem nabierałem wprawy i doświadczenia. W międzyczasie salon przeniósł się do obecnej lokalizacji. Dziś szycie much, poszetek, fularów czy pasów smokingowych jest moją codziennością. Zajmuję się tym od kilkunastu lat, więc bardzo dobrze się w to wdrożyłem. Tym bardziej, że staram się być perfekcjonistą. W ciągu tego czasu zdarzyło się może kilka, co najwyżej kilkanaście sytuacji, w których musiałem jakiś projekt wyrzucić do kosza. Jeśli chodzi o krawaty, to szyje je dla nas współpracująca z nami na stałe i od wielu lat krawcowa.

– W przypadku szytych ręcznie much wiązanych, z tzw. kompensatorem, jesteśmy właściwie monopolistą. Są to produkty, których rodzimy klient nie znajdzie w zasadzie nigdzie indziej. Nie boję się wyzwań. Wykonywałem już różne muchy – nie tylko dla dorosłych, ale także dla dzieci. Najczęściej na komunie, choć całkiem niedawno szyłem muchę na inną wyjątkową okazję – chrzciny. Wyjątkowa okazja i wyjątkowa mucha, bo wiązanych much w tak niewielkich rozmiarach właściwie się nie wykonuje. Tworzę też pasy smokingowe. Szycie takich pasów jest już nieco trudniejszą sztuką. Aż dziwię się, że udało mi się ją opanować (śmiech).
– Wśród klientów naszego salonu było i jest wielu znanych krakowian – artystów, profesorów, polityków i prawników. Sam pamiętam jeszcze, jak kupował u nas Jerzy Bińczycki. Postawny, elegancki gość. Tadek bardzo go lubił. Jeden z pierwszych wydanych osobiście krawatów sprzedałem z kolei Jerzemu Treli. Bywał tu również Zbigniew Wassermann czy Robert Makłowicz.

Projekt, szycie i wiązanie, czyli o technice
– Szyjąc muchy, fulary i poszetki, wykorzystuję sprawdzone schematy. Oczywiście czasami trzeba kombinować, natomiast proces jest w zasadzie niezmienny. Na początku mamy formę. Duża część form, z których korzystam, pamięta jeszcze czasy Tadka. Na podstawie formy odrysowujemy na materiale wykrój. Później przechodzę do szycia. Tu rzeczywiście przydaje się cierpliwość i precyzja. W przypadku asortymentu, który oferujemy, liczy się każdy centymetr, a nawet milimetr.

– Wykonuję produkty na bieżąco, w zależności od zapotrzebowania. Zdarzają się też zamówienia „hurtowe” – dla teatrów, chórów czy służb. Wykonanie jednej muchy zajmuje średnio około godziny. W ciągu dnia mogę ich wykonać około dziesięciu. Warto dodać, że w asortymencie mamy nawet dwadzieścia modeli samej muchy – każda z nich ma inną formę.
– Podobnie jest w przypadku krawatów. Mamy ich wiele: tzw. śledziki, klasyczne czy biznesowe. Różnią się przede wszystkim szerokością. Ta szerokość nawiązuje w pewnym stopniu do lat, w których były najmodniejsze. W latach 70. na przykład krawaty były zdecydowanie szersze niż obecnie. Ale takie również mamy w ofercie. Aktualnie dominują krawaty o szerokości 7-8 centymetrów. Ten trend obowiązuje już od kilku lat.

– Jak wiadomo, krawaty można wiązać na naprawdę wiele sposobów. Standardowo przyjmuje się, że jest ich około 85. Sam potrafię wiązać z pamięci około 40. Zdarzają się klienci, którzy przychodzą nawet nie tyle po krawat, co po to, aby go zawiązać. Nie mam z tym problemu.
– Jeśli chodzi o kolory, to najczęściej wybieranymi są granat, bordowy i czerwień. One zdają się być w miarę uniwersalne. Ważną kwestią jest też surowiec. Szyję m.in. z jedwabiu, kaszmiru czy bawełny. Pozostaje wzór, a wzorów każdego z produktów jest nawet kilkadziesiąt – wszystko w zależności od użytego materiału i preferencji klienta.

„Ostatni Mohikanin”, czyli o przyszłości
– Na ten moment nie mam następcy. Śmieję się, że jestem w tej historii „ostatnim Mohikaninem”. Przede mną emerytura. Choć mam nadzieję, że będąc już emerytem, poprowadzę ten salon jeszcze przez jakiś czas. Tym bardziej, że naprawdę lubię ten fach i to miejsce.

– Mam świetnych klientów. Wielu z nich towarzyszy mi już od lat. To właśnie stali klienci są podstawą funkcjonowania tego miejsca. Nieraz mijam na ulicy znajome twarze. Kłaniamy się, zamieniamy kilka słów. To bardzo miłe.
– Cieszy mnie to zajęcie. Choć przyznam, to nie są łatwe czasy dla tego typu biznesów. Coraz więcej osób kupuje galanterię w większych sklepach, galeriach czy internetowo. Tu stawiamy na tradycję – wysoką jakość materiałów, dbałość o detale i estetykę końcowego produktu. I to się nie zmieni.

Zainteresowanych kupnem lub zleceniem wykonania ręcznie tworzonych krawatów, much, fularów, poszetek, pasów smokingowych lub innych dodatków zachęcamy do odwiedzenia salonu „JaniNa” Romana Bilskiego (pasaż pomiędzy ul. Dietla 45 i Miodową 4) lub kontaktu telefonicznego – 604 255 755. Odsyłamy również na Facebooka pracowni.
Na koniec chcielibyśmy podziękować Panu Romanowi – za serdeczne przyjęcie, miłą rozmowę i prezentację rzemiosła. Było nam bardzo miło u Pana gościć.