O krakowskim rzemiośle #23: pracownia złotnicza Rafała Rychlika
W Artystycznej Pracowni Złotniczej przy Osiedlu Ogrodowym w Nowej Hucie od ponad trzydziestu lat powstaje biżuteria tworzona tradycyjnymi metodami – od delikatnych pierścionków inspirowanych stylem wiktoriańskim po harleyowe bransolety z orłem.
Rafał Rychlik, właściciel Rychlik Design, kontynuuje rodzinny zawód, którego wartość mierzy przede wszystkim uczciwością i odpowiedzialnością za każdy powierzony materiał. Siedząc przy stole, w którego szufladach kryją się nieraz proste ale precyzyjne narzędzia, opowiada o zawodzie wymagającym ciągłego uczenia się, dobrego wzroku oraz gotowości do podejmowania wciąż nowych wyzwań – niezależnie od tego, czy pracuje w złocie, srebrze czy mosiądzu.

„Zostaniesz złotnikiem”, czyli o kontynuowaniu rodzinnej specjalności
— Mój ojciec był znanym w Krakowie złotnikiem, ale ja chciałem iść na historię sztuki albo na archeologię śródziemnomorską, bo to mnie interesowało. Pod koniec podstawówki opowiedziałem rodzicom o moich zamiarach przy obiedzie. Mój ojciec powiedział: „Nie, zostaniesz złotnikiem”. Spontanicznie odpowiedziałem: „Dobra, spróbuję”. Mój brat Wacław też poszedł tą drogą. Złotnictwo to częsty zawód w naszej rodzinie. Kuzyn ze strony ojca, Wiesław Urbańczyk, prowadzi do dziś zakład na Osiedlu Słonecznym.
— Poszedłem do klasy dla złotników i szlifierzy kamieni w Centrum Kształcenia Ustawicznego przy ulicy Łobzowskiej. Zawodu uczyłem się w pracowni, którą ojciec prowadził z bardzo dobrym rzemieślnikiem Wiesławem Wilkiem, z którym zresztą rozmawialiście [link do rozmowy]. Ojciec był surowym nauczycielem, szczególnie wobec mnie. On sam przeszedł ostrą szkołę zawodu. Uczył się w czasie okupacji od świetnego fachowca, Mistrza Jodłowskiego. Wówczas pierwszym zadaniem czeladnika było dbać o to, żeby zakład lśnił. Dopiero później dopuszczano go do nauki. W ten sposób wpajano szacunek dla pracy, którego dziś często brakuje. Potem ojciec pracował w znanej spółdzielni rzemiosła artystycznego Imago Artis i prowadził tam szkołę przyzakładową.
— Obecną pracownię na Osiedlu Ogrodowym otworzyliśmy w 1990 roku z kolegą, Jackiem Mrożkiem, kiedy wróciłem z wojska. Przejęliśmy tę pracownię po poprzednich złotnikach i zawiesiliśmy szyld, który wisi do dziś. Wkrótce potem dołączył do nas mój tata. Kiedy parę lat temu zmarł, został po nim stół i narzędzia, z których nadal korzystam. Nigdy się ich nie pozbędę.

Czyste sumienie na wagę złota, czyli o zawodowej uczciwości
— Ojciec nauczył mnie, że uczciwość w tym zawodzie jest najważniejsza. Podstawa to oczywiście obowiązek ocechowania każdego wyrobu w państwowym urzędzie probierczym, dzięki czemu klient dostaje formalne potwierdzenie wartości materiału, który przyniósł. Tego wymaga polskie prawo. Poza tym każdy przedmiot z naturalnymi kamieniami jubilerskimi poddajemy kontroli gemmologa, który potwierdza autentyczność kamienia i wycenia cały wyrób, wystawiając atest.
— Kiedy ktoś przychodzi do nas po raz pierwszy, czasami czuje się dystans i brak zaufania, dlatego kiedy ważę złoto, proszę klienta, żeby sprawdził wagę ze mną. Klienci bywają emocjonalnie związani z przedmiotami, które przynoszą. Zdarza się, że ktoś przychodzi z jakąś niby złotą rzeczą, którą otrzymał od rodziny, a kiedy sprawdzamy próbę, okazuje się, że to w ogóle nie jest złote. Wtedy jeszcze raz przeprowadzamy test przy kliencie, żeby nie było wątpliwości.
— Przyjmując zlecenie, wszystko dokładnie ustalam i wyjaśniam ewentualne ryzyko związane z naprawą, bo biżuteria, która ma kilkadziesiąt lat, potrafi zaskoczyć. Na pierwszy rzut oka czasem trudno ocenić, jak została wykonana, bo techniki złotnicze zmieniały się na przestrzeni lat. Lubię mieć kontakt z klientem, więc mam zasadę, że biorę numer telefonu i czasem dzwonię, żeby poinformować go o czymś ważnym. Ludzie się czasem niecierpliwią, ale ja muszę pewne rzeczy wyjaśnić, żebym miał czyste sumienie. Ojciec mi powtarzał: „Bądź uczciwy i jedz małą łyżką”.

Ostry wzrok i delikatna dłoń, czyli o złotniczej precyzji
— Dawni złotnicy to byli naprawdę niesamowici mistrzowie. Wystarczy pójść do muzeum militarnego i zobaczyć bogato inkrustowane rękojeści rapierów i szabli, które powstawały przy użyciu znacznie prostszych narzędzi niż te, którymi dysponujemy dziś. To wielka strata, że niektóre techniki zostały zupełnie zapomniane, jednak w naszej pracowni wciąż używamy wielu tradycyjnych narzędzi, bo pracujemy głównie ręcznie. W dzisiejszych czasach to jest rzadkość. Mam maszynę odlewniczą, ale dawno jej nie używałem. W większości dużych firm złotniczych i ich punktach sklepowych pracują nie rzemieślnicy, tylko osoby, którzy sprzedają rzeczy wykonane maszynowo. Oni mogą nawet dużo wiedzieć o złocie, ale z książek, więc kiedy coś się zepsuje, zlecają naprawę takim punktom jak nasz czy pracowni Wiesława Wilka albo pana Janusza Kowalskiego, który jest ponoć najstarszym złotnikiem w Krakowie.
— Podziwiam złotników, którzy wciąż mają dobry wzrok. Ja już muszę się posiłkować różnymi urządzeniami optycznymi. Nieraz elementy przy oprawie kamieni czy lutowaniu są tak drobne, że niektórzy stosują mikroskopy. Pogorszenie wzroku to nasza choroba zawodowa, ale dzisiaj wiele wad da się naprawić operacyjnie i znam złotników, którzy z tego skorzystali.
— Proces ręcznego wykonywania biżuterii zaczyna się od przygotowania obrączki, którą następnie się rozcina i profiluje na ryglach stożkowych, w zależności od wielkości i ilości kamieni. Potem kształtuje się oprawy do kamieni i inne ozdobne elementy za pomocą piłek, pilników i innych precyzyjnych narzędzi. Gotowe części składa się i lutuje, a potem pozostaje kosmetyka: szlifowanie i polerowanie. Na końcu oprawia się kamień i wyrób trafia do klienta. Twarde kamienie, jak brylanty, szmaragdy, granaty czy rubiny, wymagają specjalistycznej obróbki maszynowej i zamawiamy je gotowe, natomiast te miększe, jak koral czy malachit, możemy sami oszlifować ręcznie. Przy oprawie niektórych kamieni, na przykład szmaragdów czy topazów, trzeba zachować szczególną ostrożność – są kruche i łatwo je uszkodzić, dlatego wymagają delikatnej ręki.

Harleyowy orzeł i pęknięta rękojeść, czyli o czym myśli złotnik przed zaśnięciem
— Wykonujemy naprawy i rzeczy na zamówienie w złocie, srebrze, mosiądzu, a nawet miedzi. Oprawiamy kamienie, które przynoszą do nas klienci. Dzisiaj każdy kamień można kupić przez Internet, choć trzeba uważać na oszustów. Zajmujemy się nie tylko biżuterią. Ostatnio klientka przyniosła do naprawy nóż do papieru, którego rękojeść z laki była popękana, więc zakryłem to ozdobą ze srebra.
— Żeby móc wykonywać takie usługi, trzeba się uczyć minimum pięć lat, chyba że ktoś jest wyjątkowo zdolny. Zresztą ja cały czas się uczę i będę się uczył do ostatniego dnia, ponieważ każde zlecenie jest indywidualne i wciąż pojawiają się nowe wyzwania. Zrobiłem niedawno srebrną bransoletę dla harleyowca z orłem, a teraz przymierzam się do wisiora w kształcie kolumny jońskiej. Klient podpatrzył ją w sklepie internetowym i pokazał mi zdjęcie. Widać, że była wykonana maszynowo z odlewu, a on chciał mieć taką samą, ale wykonaną ręcznie. Klientów, którzy cenią ręczne wyroby, jest jednak dzisiaj niewielu.
— Wykonujemy też biżuterię własnego pomysłu, która trafia do gabloty i czeka na klientów. Zdjęcia tych wyrobów zamieszczamy na naszych mediach społecznościowych (link). Kiedy tworzę coś nowego, nieraz przed zaśnięciem obmyślam sprawy techniczne i wizualne, żeby wszystkie elementy ze sobą współgrały. Przejmuję się tym, może nawet za bardzo.

Wsparcie systemowe i bezinteresowna wymiana wiedzy, czyli czego dziś potrzebuje rzemiosło
— Brakuje wsparcia dla zawodów rzemieślniczych takich, jak złotnictwo. Choć uprawiam zawód ginący, nie dotyczą mnie ulgi od czynszu za wynajem miejskiego lokalu. W okresie pandemii pisałem pisma w tej sprawie – jak grochem o ścianę. Organizacje cechów rzemieślniczych też nie mają siły przebicia. Kiedy działały spółdzielnie rzemieślnicze, można było liczyć na pomoc w sprawach związanych z prowadzeniem działalności, bo pracowały tam kompetentne osoby, a teraz każdy radzi sobie sam. Mimo to nie ma rywalizacji pomiędzy złotnikami i przekazujemy sobie wiedzę o ważnych sprawach, jednak informacje o nowych programach, takich jak pomoc de minimis, często nie docierają do rzemieślników na czas, bo dowiadujemy się o nich przez przypadek.
— Żeby takie zawody, jak złotnik, mogły przetrwać, w każdym większym mieście powinny istnieć szkoły czy klasy rzemieślnicze albo choćby warsztaty, na których mistrzowie i osoby z długim stażem przekazywaliby wiedzę i dzielili się swoimi metodami i rozwiązaniami. Takie spotkania mogłyby działać także wewnątrz branży – rzemieślnicy uczyliby się od siebie nawzajem, bo nawet po wielu latach pracy można odkryć coś nowego. Ja na pewno skorzystałbym z takiej możliwości. Problem w tym, że to wymaga czasu i gotowości do bezinteresownego dzielenia się wiedzą.

Zainteresowanych zleceniem wykonania lub naprawy biżuterii oraz wyrobów jubilerskich zachęcamy do odwiedzenia Artystycznej Pracowni Złotniczej na Osiedlu Ogrodowym 6 lub kontaktu telefonicznego: 661 075 797 oraz odwiedzenia strony Rychlik Design na Facebooku.
Serdeczne podziękowania kierujemy do Pana Rafała za gościnę, miłą rozmowę i prezentację rzemiosła.
Rozmowę przeprowadziła i zredagowała dr Zofia Smolarska-Korkmaz.