O krakowskim rzemiośle #24: pracownia Nova Manufaktura

Nasze działania
06.07.2026

Każda para dżinsów kryje w sobie potencjalnie nową historię. W Novej Manufakturze na nowohuckim Osiedlu Uroczym stare spodnie zamieniają się w niepowtarzalne torby, a obok nich powstają szyte na miarę sukienki, spodnie i ubranka dla psów.

Reperacja i przeróbki odzieży to także tutejsza codzienność. Agnieszka Malec i Anna Staroń, które razem z Katarzyną Hryc prowadzą to miejsce, opowiadają o swoich drogach do zawodu, wyzwaniach, klientach, którzy dodają im wiary we własne możliwości, i pracy, która daje niesłychaną satysfakcję, będąc jednak fizycznie bardzo wymagającą.

Trzy dyrektorki i ani jednej szefowej

Moja historia zaczęła się w 2005 roku – mówi Agnieszka Malec. – Pracowałam wtedy jako dyrektor agencji ubezpieczeniowej w amerykańskiej korporacji. Ogromnie lubiłam tę pracę, ale z czasem wyniki stały się ważniejsze od ludzi i zdrowia. Potrzebowałam odskoczni od codziennego stresu i wróciłam do czegoś, co od dzieciństwa sprawiało mi przyjemność – do rękodzieła. Całe życie to była moja pasja – nawet pracując w korporacji potrafiłam od marca do Bożego Narodzenia wyhaftować 200 kartek świątecznych dla całej administracji.

Założyłam wtedy pierwszy sklep przy ulicy Meiselsa. Od początku zależało mi na rzeczach wykonywanych ręcznie i w pojedynczych egzemplarzach. Razem z pracowniczkami tworzyłyśmy tam obrusy, serwetki i inne przedmioty inspirowane sztuką ludową. Kiedy przyszedł światowy kryzys finansowy, a do tego podniesiono nam czynsz za lokal, przeniosłam działalność do Nowej Huty, gdzie mieszkam od urodzenia. Tutaj zaczęłyśmy eksperymentować z formą i materiałami – serwetki trafiały do ram, powstawały patchworkowe narzuty, z których byłyśmy znane, i szydełkowe płaszcze wykonywane z nici do dżinsu, co było naszym własnym wynalazkiem.

Kiedy zaczął się generalny remont Alei Jana Pawła II, klienci nie mogli się do mnie dostać. Przez jakiś czas jeszcze eksperymentowałam z moim pierwszym sklepem internetowym, ale robiłam to bez żadnego wsparcia i w końcu z ciężkim sercem zlikwidowałam działalność. Wciąż jednak pokazywałam swoje wyroby na targach. Na jednej z takich imprez w Nowohuckim Centrum Kultury poznałam Kasię Hryc – krawcową, która chciała wzbogacić swoją ofertę o rękodzieło, więc połączyłyśmy siły.

Dołączyłam do dziewczyn cztery lata temu – mówi Anna Staroń. – Jestem projektantką ubioru i przez dwanaście lat prowadziłam butik w okolicach Nowego Sącza. Z czasem doszłam do wniosku, że projektantka powinna umieć także samodzielnie szyć, choć nie uczą nas tego w szkołach projektowania. Kiedy przeprowadziłam się do Krakowa, trafiłam do Kasi [Hryc] na naukę. Przez kilka miesięcy spędzałam tutaj po kilka godzin dziennie, ucząc się zawodu od podstaw. Po tym krótkim czasie ku mojemu zdumieniu dziewczyny zaproponowały mi, żebym z nimi została. Dziś specjalizuję się przede wszystkim w szyciu odzieży na miarę.

Nie mamy szefowej albo raczej wszystkie trzy jesteśmy dyrektorkami, bo każda z nas prowadzi własną działalność – dopowiada Agnieszka. – Kosztami dzielimy się po równo i wspólnie kupujemy część materiałów, ale każda zajmuje się tym, w czym sprawdza się najlepiej i co najbardziej lubi.

Jesteśmy bardzo różne – przyznaje Anna. – Agnieszka jest największą gadułą, Kasia jest bardzo spokojna, a ja jestem gdzieś pośrodku.

Dzięki temu się uzupełniamy – twierdzi Agnieszka. – Mamy różne charaktery i różne poglądy na wiele spraw, ale szanujemy się nawzajem. Nie próbujemy dopasowywać się do siebie na siłę.

Nitka po nitce, szew po szwie, czyli o drugim życiu dżinsu

– Oprócz szydełka próbowałam bardzo wielu technik rękodzielniczych, tworzyłam lampy z butelek, szyłam anioły i lalki – opowiada Agnieszka. – Prowadziłyśmy też kursy kroju i szycia. Kiedy przeszłam na emeryturę, nabrałam nieco luzu i skoncentrowałam się na szyciu toreb z dżinsów pod własną marką TorbAgi. Nie z dżinsu – podkreśla – a z dżinsów, czyli z używanych spodni bądź kurtek.

Ten pomysł jest poniekąd skutkiem ubocznym szoku, jakiego doznałam, kiedy zaczęłam zgłębiać temat współczesnego przemysłu modowego i tego, jak ogromnie negatywny wpływ ma produkcja dżinsowych ubrań na środowisko. Wymaga ogromnych ilości wody (na jedną parę dżinsów potrzeba 1700 litrów wody), a farbowanie wiąże się z użyciem szkodliwych chemikaliów. Do tego dochodzi gigantyczna nadprodukcja, która obciąża głównie kraje trzeciego świata. Zastanawiałam się, co mogę zrobić z tą wiedzą i wtedy przyszła decyzja, żeby tworzyć torby przede wszystkim z dżinsów.

W naszej pracowni zajmujemy się naprawą odzieży, a cerowanie dżinsów robimy wręcz po mistrzowsku, ale jeśli ktoś chce się całkiem pozbyć spodni, to proszę, żeby zostawił je u mnie. Niektórzy klienci stali się wręcz naszymi dostawcami i regularnie przynoszą kolejne pary. Kiedy jednak potrzebuję większej ilości materiału, kupuję cały worek spodni w ciucholandzie. Szczególnie cenne dla mnie są klasyczne grubo tkane dżinsy bez dodatku elastanu. Takich materiałów jest dziś coraz mniej, ale właśnie one najlepiej sprawdzają się przy szyciu toreb. Bardzo chętnie przyjmuję też dżinsy w małych rozmiarach, z których tworzę fikuśne torebeczki oraz dżinsy znanych firm, bo niektórzy klienci życzą sobie torby z markowych spodni.

Najbardziej czasochłonnym etapem jest projektowanie. Najpierw muszę ręcznie rozpruć całe spodnie – nitka po nitce, szew po szwie. Dopiero kiedy rozłożę je na części, widzę, co można z nich stworzyć. Dzięki temu przez te lata wiele dowiedziałam się o samym materiale – jak jest tkany, farbowany, które dżinsy nadają się do szycia od razu, a które trzeba uprać albo dodatkowo usztywnić. Szyję maszyną na czterdziestoletnim Łuczniku, który często wymaga konserwacji, ale wciąż mnie zaskakuje, ile jeszcze potrafi. Pewnie przemysłowa maszyna jeszcze lepiej by sobie poradziła, ale ten Łucznik jest częścią mojej filozofii związanej z tradycją i ekologią.

Najłatwiej uszyć prostą torbę z nogawki. Mnie jednak najbardziej interesują niepowtarzalne, oryginalne formy. Czasem dodaję elementy haftowane albo taśmy pasmanteryjne znalezione gdzieś w moim magazynie. Staram się przy tym wykorzystać całe spodnie. Potrafię uszyć torbę z samych pasków biodrowych albo z dolnych obrąbków nogawek. Ostatnio wpadłam nawet na pomysł, żeby stworzyć cała torbę wyłącznie z odprutych kieszeni.

Mam chyba obsesję jednostkowości. Nie jestem w stanie wykonać dwóch identycznych egzemplarzy i nie lubię korzystać z gotowych schematów. Najlepiej czuję się wtedy, gdy mogę szukać własnych rozwiązań. Patrząc w przyszłość, chciałabym wykorzystać dżins jeszcze szerzej. Marzy mi się galeria, gdzie można byłoby kupić dżinsowe meble czy elementy wyposażenia wnętrz – pufy, poduszki czy obrazy. Dżins ma niesamowity potencjał.

„Jak panie tego nie zrobią, to już nikt tego nie zrobi”, czyli o klientach z Huty (i nie tylko)

Kiedy jeszcze działałam przy ulicy Meiselsa, słyszałam nieraz od klientek, że nasze ceny są za wysokie i niektóre próbowały się targować – wspomina Agnieszka – a w Hucie wbrew pozorom to się nie zdarza, ludzie tutaj szanują rzemiosło. Oczywiście bywają osoby, dla których moje ceny są za wysokie, ale jest też wiele takich, które po prostu zakochują się w konkretnej torbie, a wtedy cena przestaje być najważniejsza. Nigdy nie robiłam wyprzedaży i przysięgłam sobie tego nie zmieniać. Jeśli jakaś torba długo się nie sprzedaje, to prędzej coś w niej ulepszę, dodam haft czy zmienię fason, niż przecenię. A czasem wystarczy zwyczajnie poczekać – jedna z moich toreb znalazła właścicielkę po pięciu latach. Bywają też torby, które sprzedają się tak szybko, że nie zdążę się z nimi pożegnać i wtedy zdarza się, że poleci mi łezka.

Mamy wielu stałych klientów, z którymi się bardzo lubimy – mówi Anna. – Większość trafia do nas z polecenia, niektórzy przyjeżdżają nawet spoza Krakowa. Często słyszymy: „Jak panie tego nie zrobią, to już nikt tego nie zrobi”. To bardzo podbudowuje nasze poczucie wartości. [W trakcie rozmowy do pracowni zagląda klientka i wręcza każdej z nas po bananie]. Tak właśnie wyglądają nasze relacje z klientami – dopowiada Agnieszka. – Kiedyś przynosili nam czekoladki, ale przekonałyśmy ich, że owoce są zdrowsze. Niektórzy wpadają tylko po to, żeby się przywitać.

Nowa Huta sprzyja relacjom, na przykład z kaletnikiem z Osiedla Zielonego, który obrabia dla nas elementy skórzane, polecamy się nawzajem. Kilka lat temu współpracowałam też z Joanną Styrylską, która dzisiaj ma swoją galerię na Osiedlu Zielonym, przy projekcie o Kotku Włodku promującym historię Nowej Huty. Szyłam według jej projektu kotki, które były sprzedawane razem z książeczką lub rozdawane w przedszkolach. Uszyłam ich wtedy kilkadziesiąt – swego czasu miałyśmy tutaj niezły koci kram.
– Od strony klientów przychodzą coraz to nowe wyzwania – mówi Anna. – Niedawno szyłam kostium zaprojektowany przez studentkę mody z Florencji na zaliczeniową sesję, a teraz przygotowuję się do uszycia sukienki dla mamy pana młodego na wesele w Miami. Jednocześnie rozwijam szycie ubranek i legowisk dla psów, które niedługo będą dostępne w moim butiku. Planuję tam teraz sprzedawać rzeczy przeze mnie uszyte, pod własną marką.

Mnie klientka ostatnio nakłoniła do uszycia pierwszego w życiu krawata – potwierdza Agnieszka. – Mam też zamówienie na 70-centymetrowego misia i strój dla miłośniczki japońskiej mangi.

– Ta praca daje ogromną satysfakcję, ale jest czasowo bardzo wymagająca. Zdarza się, że spędzam w pracowni po dwanaście godzin dziennie, choć mimo to wracam do domu z poczuciem, jakbym wcale nie była w pracy – mówi Anna.

Zainteresowanych zleceniem wykonania torby lub usług krawieckich zachęcamy do odwiedzenia Novej Manufaktury na Osiedlu Uroczym 1 lub kontaktu:
Katarzyna Hryc: 692-086-523 – szycie na miarę i przeróbki,
Agnieszka Malec: 603-964-224 – torby, zabawki, krawaty –  strona 
Anna Staroń: 665-582-302 – szycie na miarę, ubranka dla psów – strona

Serdeczne dziękujemy Twórczyniom z Novej Manufaktury za gościnę, miłą rozmowę i prezentację rzemiosła. Rozmowę przeprowadziła i zredagowała dr Zofia Smolarska-Korkmaz.