O krakowskim rzemiośle #20: pracownia złotnicza Wiesława Wilka
W niewielkim warsztacie złotniczo-jubilerskim przy ul. Sobieskiego 4 czas płynie inaczej. Złoto topi się nad palnikiem, drogocenne kamienie są z uwagą szlifowane i oprawiane, a ambitne zlecenia dojrzewają w oczekiwaniu na wenę. Wiesław Wilk jest jednym z ostatnich złotników, którzy potrafią wykonać misterną biżuterię ręcznie od zera, bez komputera i drukarki 3D. Jego historia to opowieść o zawodzie, który przetrwał PRL, transformację ustrojową i globalizację – i wciąż trwa, także dzięki wnuczce pana Wiesława, Justynie Jelonek, która uczy się od dziadka zawodu. Ich wspólna praca pokazuje, że nawet ginące rzemiosła mogą mieć przyszłość – choć wymaga to wielu różnorakich umiejętności, cierpliwości i pasji.

Zwierciadło sztuki, czyli nauka złotnictwa
—Złotnictwa uczyłem się w jednej z najbardziej znanych w Polsce wytwórni biżuterii, Imago Artis (z łac. Zwierciadło sztuki) — wspomina pan Wiesław Wilk. — Powstała po wojnie dlatego, że prywaciarze byli wówczas gnębieni przez ustrój komunistyczny, więc złotnicy zebrali się i założyli spółdzielnię pracy rękodzieła artystycznego. Pracowało tam około czterdziestu złotników – rzemieślników z prawdziwego zdarzenia. Miałem szczęście, że mogłem się od nich uczyć.
—Złotnicy z Imago Artis byli znani z tego, że tworzyli biżuterię techniką filigranu, którą przywrócili i nieco uprościli. Tradycyjnie filigran to były dwa cieniutkie druciki skręcone razem, z których wykonywało się bardzo delikatne, filigranowe właśnie broszki czy pierścionki. A oni wpadli na pomysł, żeby zamiast dwóch drucików, stosować jeden, ale ząbkowany specjalną maszyną. Efekt był podobny, a znacznie mniej pracochłonny. Kochałem filigran, choć w tej chwili już nie zamawia się tego typu biżuterii, bo moda się zmieniła. Wracam jednak do filigranu, kiedy klienci przynoszą do naprawy stare rzeczy tworzone tą techniką.
—Zanim stałem się złotnikiem, pracowałem w Zakładzie Doświadczalnym przy kamieniach syntetycznych w Hucie Aluminium w Skawinie. Dzisiaj pracuje ze mną w warsztacie kolega szlifierz z tamtych lat, który rzeźbi kamienie między innymi do herbowych sygnetów.

Nowe czasy, czyli o rękodziele w erze kapitalizmu
—Od lat 80. pracowałem w zakładzie prywatnym kolegi na ul. Starowiślnej, a w 1989 roku wyjechałem do Ameryki, do Chicago, pracować jako złotnik. Na początku kazali mi tam zrobić model pierścionka, więc zapytałem się właściciela, ile sztuk chcą potem z tego modelu odlać, a on mówi, że tylko jeden, bo ktoś zamówił pojedynczy wyrób. Zdziwiłem się: „Po co wam model, skoro ja mogę zrobić taki pierścionek od razu ręcznie?”. Byli bardzo zdziwieni, że się tak da i wszyscy się potem zlecieli zobaczyć, jak ja to wykonuję. Tam już nie ma rzemieślników, którzy potrafią zrobić biżuterię od zera, ale i u nas też już prawie takich nie ma.
—Moi koledzy po fachu w większości przeszli na produkcję maszynową, czyli projektują na komputerze model, który drukują w wosku, a następnie odlewają w większej liczbie i sprzedają przez internet, na czym zresztą dużo lepiej ode mnie wychodzą finansowo. Natomiast w dużych firmach, które sprzedają biżuterię na przykład w galeriach handlowych, pracują już tylko ludzie po przyuczeniu, którzy często nie potrafią nawet zmienić wymiaru obrączki i zlecają to mnie albo odsyłają do Indii albo Chin, bo tak jest taniej.
—Kiedy wróciłem ze Stanów w 1992 roku u nas trwała era reprywatyzacji. Znalazł się właściciel kamienicy na Starowiślnej, który podniósł czynsz trzykrotnie. Zgłosiłem się więc do przetargu na wynajem od miasta lokalu tutaj, na Sobieskiego. Sąsiedzi nie wróżyli mi powodzenia: „Tu był wcześniej fryzjer, kwiaciarnia, biuro podróży, kto tu będzie do złotnika chodził?” Ale rozkręcenie biznesu zajęło mi tylko pół roku. Najpierw przychodzili głównie dawni klienci ze Starowiślnej, a z czasem coraz więcej nowych i w tym momencie już się nie mogę opędzić. Ludzie między sobą mnie polecają. Przyjeżdżają do mnie klienci nawet z Austrii, Szwecji czy Francji, co świadczy o tym, że tam już takich rzeczy robić nie potrafią albo tego typu usługi są bardzo drogie. Czasem nie nadążam z robotą. Myślałem, że jak przejdę na emeryturę, będę miał dużo wolnego czasu, a okazało się, że szedłem do pracy nawet w sobotę, a zdarzało się, że i w niedzielę.

Rzemieślnik w Krakowie, czyli sztuka przetrwania
—Uważam, że dla takich prawdziwych rzemieślników, co mają z dawien dawna zakłady, miasto powinno wprowadzić jakieś ulgi, preferencyjne formy wynajmu. Złotnik jest zawodem ginącym, a nie mogę się doczekać, żeby Zarząd Budynków Komunalnych, od którego wynajmuję lokal, doprowadził tu gaz. Obiecują mi to już drugi rok. Złotnik praktycznie nie może pracować bez gazu, bo palnik jest jego podstawowym narzędziem. Poza tym, jakby doprowadzili gaz, można byłoby zrobić tu też gazowe ogrzewanie, a tak to ogrzewamy farelką. Nawet odmalować mi się nie opłaca, bo czekam także na obiecaną wymianę instalacji elektrycznej. No, więc zobaczymy, co będzie.

Twórcze oblicze złotnictwa, czyli o wenie
—Bywa, że nie wiem, jak się za coś zabrać, pomimo dużego doświadczenia. I tu nie chodzi o to, że nie potrafię, bo technik znam sporo, ale nieraz potrzeba czasu, żeby podjąć właściwą decyzję, którą z tych technik wybrać. W takich przypadkach zlecenie leży na widoku przez dłuższy czas i pracuje gdzieś w mojej podświadomości, kiedy robię inne zlecenia. I przychodzi taki dzień, że zaświta mi myśl i już wiem. Klienci czasem się niecierpliwią, bo nie rozumieją, że do pewnych rzeczy trzeba mieć wenę.
—W Krakowie niewielu chce albo potrafi naprawiać duże przedmioty – lichtarze, tace, cukiernice. Jak się coś złamie, to ludzie przychodzą do mnie. Miewam też poważniejsze wyzwania, na przykład wykonywałem koronę dla Matki Boskiej czy złotą nartę dla Małysza. Jednak największą satysfakcję mam, jak ktoś przyniesie mi istotną pamiątkę po mamie czy babci i prosi, żebym się podjął naprawy, bo nikt inny nie chce. Bardzo kocham przywracać świetność starej biżuterii, bo wymaga to sporo umiejętności, choć czasem jest zupełnie nieopłacalne.
—Prawdziwy złotnik musi być troszkę metalurgiem, troszkę chemikiem, a troszkę rzeźbiarzem. I powinien mieć gust artystyczny, nawet jeśli nie projektuje własnych wzorów. Bardzo źle mi się naprawia przedmioty, które mnie samemu się nie podobają. Natomiast kiedy dostaję coś pięknego, nieraz nie mogę się doczekać, żeby przyjść do pracy.
—Kiedy klient przynosi mi kamień do oprawienia na przykład w pierścionku, najpierw pytam, jak ten kamień ma być usytuowany: w łapkach czy na płasko. Dopytuję też, czy pierścionek będzie noszony na co dzień, czy od okazji. A resztę już muszę sam wymyślić. No, i wtedy jest fajna robota, choć o tyle bardziej odpowiedzialna, że nie wiem, czy komuś się spodoba to, co sobie wymyślę, ale przeważnie się podoba.
—Raz klientka zamówiła broszkę w kształcie ważki — mówi Justyna Jelonek, wnuczka pana Wiesława, która obecnie uczy się u niego złotnictwa. — Nie miała żadnego rysunku, dała dziadkowi wolną rękę, a dziadek zrobił ją od początku do końca ręcznie: najpierw wycinał skrzydełka, a potem korpus ważki spiłował i dolutował do skrzydeł. Mega fajna ta broszka wyszła i na pewno nikt nigdy takiej nie będzie mieć.

Okiem uczennicy, czyli renesans rzemiosła
—Dotąd wykształciłem troje czeladników — mówi pan Wiesław. — Moich uczniów uczę niestandardowo, bo od razu daję im naprawy dla klientów. Justyna potwierdza: — Uczę się, naprawiając prostą, srebrną biżuterię, a przy okazji odciążam dziadka. Wykonać coś od początku do końca jest często dużo łatwiej, bo ma się konkretny plan: co po czym, a przy naprawach trzeba najpierw domyśleć się, jak coś zostało zrobione, żeby móc to odtworzyć.
—Studiowałam malarstwo. Najpierw zrobiłam sobie dziekankę właśnie po to, żeby uczyć się od dziadka, a po studiach kontynuuję u niego naukę. Chciałam wykorzystać fakt, że mój dziadek jest mistrzem w tym zawodzie i może mnie nauczyć tego, czego nikt inny mnie nie nauczy. Lubię w złotnictwie to, że są tu zadania nie tylko artystyczne, tylko właśnie typowo rzemieślnicze. Trzeba najpierw przygotować sobie druty, coś przewalcować, i to jest trochę monotonna praca, ale jest w tym coś z medytacji.
—W warsztacie złotnika jest mnóstwo narzędzi – kleszczyki, piłki, lejce, wiertełka… — wymienia pan Wiesław. — Jak ktoś do mnie przychodzi na przyuczenie do zawodu, powinien już wiedzieć, jak się takimi narzędziami posługiwać albo mieć smykałkę do rzeczy manualnych, żebyśmy nie tracili czasu na podstawy. Można być na przykład po technikum elektrycznym czy po zegarmistrzostwie. Jeśli ktoś dzisiaj chciałby się u mnie przygotowywać do egzaminu czeladniczego, to choć jestem na emeryturze już 15 lat, na pewno bym to rozważył.

Zainteresowanych zleceniem wykonania lub naprawy biżuterii oraz wyrobów jubilerskich zachęcamy do odwiedzenia pracowni Wiesława Wilka przy ul. Sobieskiego 4 lub kontaktu telefonicznego: 604-062- 961.
Serdeczne podziękowania kierujemy do pana Wiesława i pani Justyny za gościnę, miłą rozmowę i prezentację rzemiosła.
Rozmowę przeprowadziła i zredagowała Zofia Smolarska-Korkmaz